Kiedy tworzy się soundtrack do filmu, który ma się w głowie jest dużo prościej – Andrzej Rozen [wywiad]

Rozen – czwórka przyjaciół grających muzykę z pogranicza indie folku i popu. Powstali z inicjatywy wokalisty, gitarzysty i autora tekstów Andrzeja Rozena, który, choć nie może żyć bez grania, muzyczną pasję odkrył przez przypadek. Lider zespołu na co dzień jest strategiem w agencji brandingowej. Gitarowy samouk, który swoje piosenki chował romantycznie do szuflady. Dzięki wspólnej, muzycznej wrażliwości, uniwersalne doświadczenia miłość, tęsknotę, nadzieję czy stratę, przekładają na melodie, które z łatwością można nucić. Płyta Rozena nie jest jak prywatny pamiętnik, to zbiorowe ćwiczenia z przeżywania. O genezie powstania zespołu, procesie twórczym, pracach nad płytą, muzycznych inspiracjach, debiucie w czasach pandemii i miłości do folku w rozmowie z M MAG opowiada lider zespołu Andrzej Rozen.

fot. materiały prasowe

M MAG: Na początek gratuluję genialnej płyty! Mówisz, że w muzyce znalazłeś się przypadkiem. Od czego zaczęła się Twoja muzyczna przygoda?

Andrzej Rozen: Zaczęło się od miłości do folku. Gdy pierwszy raz usłyszałem amerykański folk  zrozumiałem, że to muzyka dla mnie. Tak przyszło zainteresowanie grą na gitarze i pierwsze próby tekściarskie. A ta bardziej profesjonalna przygoda muzyczna zaczęła się od wyjazdu do Chorwacji. Poznałem na rejsie skrzypaczkę Karolinę Matuszkiewicz, która zachęciła mnie, żeby zacząć razem występować. Karolina swoim entuzjazmem wobec moich piosenek dodała mi na tyle pewności siebie, że postanowiłem spróbować. Chociaż muszę przyznać, że pierwsze występy przed publicznością to był duży stres.

M MAG: Jesteś gitarowym samoukiem. Jak Ci się to udało i dlaczego akurat ten a nie inny instrument?

Andrzej Rozen: Mój brat grał na gitarze. Chociaż sam nie występował, myślę że jest znacznie lepszym gitarzystą niż ja. Dzięki niemu była w domu gitara, no i zawsze był ktoś kogo mogłem podpatrywać i pytać o grę.  Był też u nas w domu klimat przyjazny robieniu rzeczy twórczych. Oboje moi rodzice pracują w zawodach artystycznych. Grania na gitarze uczyłem się głównie z tutoriali na Youtubie. Zaczynałem oczywiście od grania cudzych piosenek. Pierwsi byli Mumford & Sons, Bob Dylan, ale i Coldplay. Braki techniczne nadrabiałem ekspresją. I tak chyba zostało do dziś (śmiech).

M MAG: Jako tekściarka jestem pod wrażeniem Twoich tekstów. Kiedy odkryłeś w sobie smykałkę w tej materii?

Andrzej Rozen: Dziękuję! Szczerze mówiąc, mam poczucie, że odkrywam tę smykałkę dopiero teraz. Nawet pracując w studiu nad naszym debiutem miałem jeszcze czasem w sobie niepewność czy moje teksty są coś warte. Bardzo mnie cieszy, że w recenzjach czy komentarzach to właśnie teksty są traktowane jako jeden z głównych walorów tej muzyki. Powoli zaczynam już czuć swój styl i proces pisania. Najbliższe jest mi teraz pisanie tekstów fabularyzowanych, takich jak choćby w piosence „Nie wyjadę”. W takich mikro fabułach da się zbudować całkiem barwny świat, a przy tym są one nadal bardzo otwarte.

M MAG: Z tego co wiem, jesteś również odpowiedzialny za kompozycje utworów. Pierwszy powstaje tekst, czy melodia?

Andrzej Rozen: Dotychczas pierwsza prawie zawsze powstawała muzyka. Czasami było to kilka dźwięków, które składają się na główny motyw refrenu, czasem to pełna struktura piosenki rozpisana na akordy.  Dalsze poszukiwanie sprowadza się potem do grania w kółko jakiegoś fragmentu muzyki i nucenia pod nosem, nasłuchiwania własnych myśli. Ten proces może wydawać się z boku nieco jałowy, ale zazwyczaj z tej mgły wyłania się w końcu jakiś obraz lub myśl, którą potem przekładam na tekst. Ostatnio próbuję z kolei pisać bardziej precyzyjnie. Nadal zaczynam od muzyki, ale wiem jaki temat próbuję poruszyć.

M MAG: Co sprawiło, że postanowiłeś siegnąć do szuflady po schowane tam utwory i zmaterializować je w postaci płyty?

Andrzej Rozen: Właściwie od momentu poznania Karoliny Matuszkiewicz ta metaforyczna szuflada była nieustannie otwarta. Wszystkie utwory jakie napisałem postanowiliśmy wtedy włączyć do naszego repertuaru. Nie myśleliśmy nawet szczególnie o spójności. Po prostu chcieliśmy grać. Potem materiał stopniowo ewoluował. Przerzuciłem się na pisanie po polsku, nieco bardziej świadomie zacząłem myśleć o tym materiale jako o spójnej całości. No i oczywiście, chcieliśmy te utwory wydać, pokazać światu w najlepszej możliwej formie. Sporo nam to zajęło, ale udało się.

M MAG: Oprócz Ciebie zespół Rozen tworzą: skrzypaczka Karolina Matuszkiewicz, wiolonczelista Dominik Frankiewicz oraz perkusista Kacper Majewski. Jak się odnaleźliście. Jaka jest geneza powstania zespołu?

Andrzej Rozen: O Karolinie poznanej w Chorwacji zdążyłem już opowiedzieć, ale to był dopiero początek. Dominika zwerbowała do zespołu Karolina. Grali razem w orkiestrze. Kiedyś jadąc autokarem na występ pokazała mu nagrania z naszych prób. Okazało się, że podobna muzyka gra mu w duszy i chętnie się dołączy. Okazał się być bardzo wszechstronny, złapaliśmy też od razu świetny kontakt. Kacper dołączył do nas w zeszłym roku, polecony nam przez znajomego jako świetny, młody perkusista, którego warto zaprosić na próbę, bo za chwilę będzie rozchwytywany. Jedno spotkanie wystarczyło, żebyśmy chcieli mieć Kacpra w zespole już na stałe.

M MAG: Jak długo trwał proces prac na materiałem?

Andrzej Rozen: Proces, który doprowadził nas do nagrania płyty trwał kilka lat. To było pukanie od drzwi, w większości bezskuteczne. To różne nieudane próby. Negocjacje. Udało się z wytwórnią Fonobo, która wyraźnie chciała stawiać na młodych artystów. Same prace w studiu trwały wiele miesięcy. Głównie z racji tego, że na co dzień mam też inną pracę. Spotykaliśmy się więc głównie popołudniami i wieczorami. Ale dzięki temu ten proces nabrał rytmu i regularności. Bardzo to lubiłem. Praca w studiu to była też niesamowita możliwość testowania aranżacji, eksperymentów. Pierwsze tygodnie po premierze czułem się bardzo nieswojo nie mogąc jechać do studia. Nie wiedziałem z początku co zrobić z popołudniami (śmiech).

M MAG:  Jakie to uczucie być już „po premierze”?

Andrzej Rozen:  Mam poczucie jakiegoś domknięcia, osadzenia. Ten debiut, zważywszy że gramy razem już od wielu lat, był zdecydowanie za późny. A jednak myślę, że dobrze się stało, że pokazaliśmy się światu dopiero teraz. Nie mam wątpliwości, że jesteśmy dojrzalszym zespołem. Premiera pozwoliła tę naszą dojrzałość przypieczętować. Premiera to też możliwość sprawdzenia jak nasz materiał jest postrzegany poza grupą naszych fanów, jak jest oceniamy przez recenzentów. Mamy sporą satysfakcję, że chyba udało się zrobić coś co podoba się nowym słuchaczom.

M MAG: Debiut w pandemicznej rzeczywistości nie należy do łatwych. Są jakieś plusy wydawania w dobie COVID?

Andrzej Rozen: Widzę tylko jeden. COVID dał nam czas na to był spokojnie ten materiał skończyć, dopracować, przemyśleć. Niestety tu zalety pandemicznego debiutu się kończą. Myślę, że wszyscy jesteśmy pandemią bardzo zmęczeni. Chyba czujemy też przesyt „contentu”, który przez blisko dwa lata zastępował nam realne doświadczenia. Premiera w takich warunkach na pewno ma nieco mniejsze szanse na zasięg. Pewną szansą są tu koncerty, które powoli wracają.

M MAG: Na co dzień jesteś strategiem w firmie brandingowej. Przenosisz swoje skille z jednej branży do drugiej?

Andrzej Rozen: Na pewno trochę łatwiej jest mi myśleć kategoriami spójności, wyrazistości koncepcji. Mam nadzieję, że to widać w naszej oprawie graficznej, w spójności kolorystycznej teledysków.

M MAG: Szczęście tylko w bajkach?

Andrzej Rozen: Cień pisałem w momencie swojego życia, kiedy naprawdę miałem poczucie, że szczęście jest tymczasowe. Że prędzej czy później zawsze zdarza się coś co brutalnie je kończy. I że w tej naszej tragicznej pogoni za szczęściem, która nie może się dobrze skończyć, jest coś bardzo okrutnego. Dzisiaj mam w sobie więcej optymizmu.

M MAG: Folk to ta jedyna, prawdziwa miłość?

Andrzej Rozen: Prawdziwa – zdecydowanie. Jedyna – niekoniecznie. Ostatnio widzę u siebie ciekawe zjawisko. Teraz w każdej niemal piosence słyszę jakąś ciekawą inspirację. Zazdroszczę innym artystom różnych zabiegów produkcyjnych, wykorzystanych instrumentów, tekstów. I to paradoksalnie otwiera mnie na inne gatunki. Skoro ten syntezator brzmi tak fajnie, dlaczego nie miałbym sam go kiedyś użyć?

M MAG: Samotność to dla Ciebie najgorszy rodzaj kary?

Andrzej Rozen:  W piosence „Kara” próbowałem uchwycić pewien aspekt tej samotności, który wydaje mi się szczególnie dotkliwy. Bycie skazanym na siebie to nie tylko brak obecności innych, ale też konieczność konfrontowania się z samym sobą. Z tym jak myślimy o sobie, o świecie, ze swoimi emocjami.

M MAG: Poruszył mnie w szczególności Wasz singiel„Nie wyjadę”. Uruchomił we mnie zakopane głęboko pokłady tęsknot za tymi, których nie miałam nigdy żegnać. Myślę, że wiele osób może ten utwór odnieść wprost do swoich doświadczeń związanych ze stratą. Czy ta artystyczna otwartość wymagała szczególnej odwagi?

Andrzej Rozen: Ten utwór nie wymagał ode mnie dużej odwagi, bo jego celem było właśnie odwołanie się do czego uniwersalnego. Fabuła tej piosenki nie jest bezpośrednim opisem mojego osobistego doświadczenia. Oczywiście sam doświadczyłem w życiu różnych strat, podobnie jak Karolina, Dominik czy Kacper. I cząstki tych przeżyć są tam zaszyte. Próbowałem jednak przede wszystkim napisać historię, która chwyta za serce i jest na tyle otwarta, by każdy mógł się w niej przejrzeć.

M MAG: Na waszym wydawnictwie, jako bonus track znajduję się jeden utwór w języku angielskim  – „Oh My Darling”. Czy w przyszłości możemy liczyć na więcej anglojęzycznych smaczków?

Andrzej Rozen: „Oh my Darling” to raczej pocztówka z przeszłości, niż zapowiedź tego co nastąpi. Bardzo polubiłem możliwości ekspresji jakie daje język polski. I chyba przy nim pozostanę. Z drugiej strony, zażegnywałem się kiedyś, że nie będę nigdy śpiewał po polsku, więc tym razem nie będę aż tak kategoryczny. Kto wie…

M MAG: Każda napisana przez Ciebie piosenka to opowieść utkana z fabularnych, pełnych emocji tekstów, których bohaterem może być każdy. Nie mam wątpliwości, że teksty są jednym z kluczowych elementem Twoje twórczości. Skąd czerpiesz inspiracje?

Andrzej Rozen: Jakkolwiek banalnie to brzmi – zewsząd. Próbuję mieć w sobie uważność na wszystko co wydaje mi się prawdziwe. Czasem to jakieś zdanie wypowiedziane przez kogoś znajomego, czasem to film, książka, albo cudza piosenka. Notuje takie rzeczy, a potem często w zaskakujący sposób wracają one do mnie kiedy piszę teksty. Dość naturalnie przychodzi mi też myślenie obrazem. Kiedy tworzy się soundtrack do filmu, który ma się w głowie jest dużo prościej (śmiech).

M MAG: Wasze wydawnictwo może spokojnie walczyć o tytuł najbardziej wzruszającego albumu roku. Po takich recenzjach, co dalej?

Andrzej Rozen: Mam nadzieję, że to nie koniec recenzji, zainteresowania mediów, rozgłośni radiowych. Mamy nadzieję, że ten materiał będzie dalej szedł w świat.

M MAG: Czy w związku z luzowaniem obostrzeń planujecie trasę koncertową promującą album?

Andrzej Rozen: Póki co mamy w kalendarzu kilka koncertów. Liczymy, że w miarę powracania normalności pojawi się ich znacznie więcej.

M MAG: Zanim „napisy końcowe” zdradź jeszcze jakie masz plany (muzyczne lub nie) na najbliższą przyszłość.

Andrzej Rozen: Zaczynam powoli pracować nad nowym materiałem. Jeszcze długa droga przed nami, ale szuflada powolutku się zapełnia.

M MAG: Dziękuję za rozmowę, gratuluję świetnej płyty i mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia i usłyszenia na koncertach!

Rozmowę przeprowadziła Beata Ejzenhart

_______________________________

Słuchaj albumu: „Rozen”

[kliknij w tytuł albumu żeby wybrać ulubiony serwis cyfrowy]

Zamów płytę: „Rozen”

[kliknij w tytuł albumu żeby przenieść się na stronę sklepu]

Streaming party:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s