Puryści gatunkowi mogą sobie na nas kruszyć zęby, a my nadal zamierzamy się bawić w muzycznego kameleona – Ruina Bar [WYWIAD]

Ruina Bar to warszawski zespół grający, jak sami mówią, „alternatywnego soft rocka z domieszką wszystkiego, co się da”. Grupa stanowi pokłosie pandemicznej eskalacji mocy twórczych u brawurowego  Piotra Jakubowskiego (piosenki, gitary, klawisze), który wraz ze zjawiskową Zosią Wieczorek (głosy) tworzy trzon całej tej szajki, a towarzyszą im: tajemniczy Sergii Pasternak (bas) oraz zadziorny Bartosz Kamiński (perkusja). Piszą o sobie, że „wierzą w siłę wrażliwości i z lubością grzebią w emocjach człowieczych”. 21 stycznia 2022 roku do polskich sklepów muzycznych trafił ich debiutancki album intrygująco zatytułowany Tango na Tłuczone Talerze. O swoich początkach, procesie powstawania albumu, inspiracjach i aspiracjach w rozmowie z M MAG opowiadają głównodowodzący grupy – Zosia i Piotr.

M MAG: Na początek, pytanie o początek (śmiech). Od czego zaczęła się wasza muzyczna przygoda i co sprawiło, że postanowiliście połączyć siły?

Piotr: Obawiam się, że naczelnym winowajcą jestem ja, no i trochę też wirus. Pandemiczny areszt domowy i uwolnione pokłady wolnego czasu sprawiły, że wzorem wielu innych popadłem w intensywną refleksję nad sobą i swoim życiem i zacząłem się zastanawiać, co też sensownego można by z nim począć. Muzyka jest dla mnie tak naprawdę powrotem na porzuconą kilkanaście lat temu alternatywną ścieżkę biograficzną – dawno, dawno temu byłem bohaterem bajeczki, jednej z tysiąca tego typu, pod tytułem: jesteśmy w liceum, założymy zespół, zawojujemy świat itd. Można się domyślić, jak to się skończyło. Dałem sobie jednak kolejną szansą, czego efektem jest właśnie Ruina Bar. No ale zapewne i z tego nic by nie wyszło, gdyby po drodze na horyzoncie nie pojawiła się szczęśliwa gwiazda pod postacią Zofii Wieczorek. Zośka nie tylko fantastycznie śpiewa, ale i jest nieocenionym wsparciem w różnych momentach zniechęcenia i bezsilności, których rzeczywistość za oknem nam nie szczędzi.

Zosia: W tym czasie, kiedy Piotrek postanowił ponownie wkroczyć na ścieżkę twórczości muzycznej, ja właśnie skończyłam studia aktorskie i bardzo chciałam dalej dawać upust swoim artystycznym zapędom. Tak się złożyło, że PJ akurat szukał wokalistki, która mogłaby zaśpiewać jedną z jego piosenek. Umówiliśmy się na wspólne nagrywanie i… chyba się sprawdziłam, bo z jednej piosenki zrobił się pełny etat (śmiech). Nie ukrywam, że wcześniej nie wiązałam swojej przyszłości z muzyką. Będąc małą dziewczynką, faktycznie stawałam przed lustrem i śpiewając do szczotki, marzyłam o występach na wielkich scenach, ale nigdy nie brałam tego na poważnie. Teraz jednak jestem niezwykle wdzięczna za to zrządzenie losu, które sprawiło, że zaczęliśmy z Piotrkiem współpracować, bo dzięki temu odkryłam, ile radości daje mi śpiewanie i koncerty.

M MAG: Tworzycie autorską muzykę, którą sami określacie jako smut-jazz, ale w waszych utworach wytrawnym uchem można też usłyszeć elementy soft rocka, bluesa, piosenki poetyckiej, rhythm and bluesa czy elektroniki. To jest dokładnie ten kierunek, w jakim chcecie podążać, czy może eksperymentujecie w poszukiwaniu złotego środka?

Piotr: Wiesz, mamy taką cichą ambicję, żeby nie dać się wprasować w żadne schematy podziałów gatunkowych, żeby umykać, uskakiwać, a tym samym zaskakiwać. Wzorem kina, które w swych co ambitniejszych wydaniach próbuje się wyswobodzić z tego typu gorsetów, możemy powiedzieć, że gramy muzykę postgatunkową. Rodzi to parę problemów, na przykład wtedy, kiedy trzeba podać gatunek w jakimś formularzu zgłoszeniowym. Na szczęście „rock alternatywny” jest pojęciem na tyle szerokim i mało konkretnym, że możemy się pod to podpiąć bez uszczerbku dla naszej niereformowalnej eklektyczności. Puryści gatunkowi mogą sobie na nas kruszyć zęby, a my nadal zamierzamy się bawić w muzycznego kameleona, który w każdym ze swoich odcieni pozostaje równie drapieżny i niepodrabialny. 

Zosia: Myślę, że ten gatunkowy miszmasz jest dużym atutem naszej muzyki. Dla nas jest to możliwość ciągłego eksperymentowania i zapuszczania się w nowe, nieznane rejony, dzięki czemu stale się artystycznie rozwijamy. Z kolei nasi słuchacze nie powinni się nudzić w naszym towarzystwie. Takie podejście do muzyki mogą docenić osoby, które lubią dać się zaskoczyć, potrafią myśleć nieszablonowo i są otwarci na to, co nieoczekiwane.

Piotr: Czasem próbuje się nam przypiąć łatkę „piosenki aktorskiej”. Formalnie wszystko się zgadza – Zosia jest aktorką z zawodu i powołania, teksty mają pewne nieśmiałe ambicje literackie, nie wystarczy ich „odśpiewać”, konieczna jest interpretacja, wczucie się, czasem nawet zatracenie. Niemniej nie uważam, by piosenka aktorska stanowiła jakiś osobny gatunek. To raczej pewna praktyka wykonawcza oparta na emocjonalnej ekspresji, wcielaniu się w coraz to nowe persony, intensywnym przeżywaniu, a to Zośka potrafi pierwszorzędnie.

M MAG: M MAM: Wasza muzyka jest idealnie doprawiona, nie brak w niej pieprzu, soli, słodyczy czy goryczy. Jest wyrazista, smaczna, niebanalna, z dbającą o podniebienie słuchacza dozą wyrafinowania. Sprawdzałam ją również zgodnie z zaleceniem producenta „pod wieczorne wino sączone niespiesznie w towarzystwie księżyca” – tak zdecydowanie podchodzi mi najlepiej (śmiech). Jak wyglądał proces twórczy? Macie jakąś twórczą hierarchię?

Zosia: Osobą odpowiedzialną za całą tę Ruinę jest Piotrek. To właśnie ten niezwykle utalentowany osobnik komponuje zarówno wszystkie piosenki, jak i pisze do nich teksty, a potem tworzy aranże. Jak sam zdradza, zalążki utworów powstają zazwyczaj podczas spacerów z naszym psem. Kiedy wraca do domu z jakąś frazą, najpierw osadza ją na gitarze, a potem wspólnie sprawdzamy, czy to, co tam sobie wymyślił, mi „leży”. Czasem zmieniamy tonację, czasem tempo, dynamikę, aż dochodzimy do optymalnej dla nas obojga opcji. Później zostawiam Piotrka z tą „surojadką”, żeby mógł w spokoju przerobić ją na pełnowymiarową piosenkę, a kiedy struktura i tekst są gotowe, ja zabieram się za interpretację. Wtedy zaczynam męczyć go trudnymi pytaniami o to, co „podmiot śpiewający” czuje w danym momencie, jakie emocje niesie konkretna fraza, aż stopniowo na podstawę słowno-dźwiękową nakładamy taką siatkę uczuciową, kształtującą zmienną dynamikę naszych utworów.

Piotr: Tak jakoś wyszło, że prawem ojca założyciela mam najwięcej do powiedzenia w kwestii tzw. ogólnego wyrazu artystycznego zespołu. Staram się wszelako nie realizować modelu władzy autorytarnej, tylko słuchać opinii moich współzespołowiczów, dać im przestrzeń swobody, realizacji własnych pomysłów, ekspresji swojej osobowości muzycznej. Nie wiem, na ile to wychodzi w praktyce. Parę buntów na pokładzie już udało nam się przepracować bez większych ofiar w ludziach.

M MAG: Pandemiczne realia ułatwiały czy utrudniały pracę na albumem?

Piotr: Ułatwiły w tym zakresie, że przejście na tryb zdalny lub hybrydowy sprawiło, że prościej było pogodzić obowiązki zawodowe z rygorami sesji nagraniowych. Nagrywaliśmy, oczywiście, z zachowaniem dystansu społecznego i nie przekraczając dopuszczalnej liczby osób na metr kwadratowy (śmiech). Zdecydowanie gorzej było z możliwością zaprezentowania naszych muzycznych odlotów żywej publiczności. Parę imprez, na których mieliśmy wystąpić, odwołano z przyczyn zrozumiałych same przez się. Dlatego między innymi zdecydowaliśmy się na realizację live session. Tak właśnie trafiliśmy na Kubę Korzeniowskiego z Zamiostudio, a że wielce nam się spodobały efekty naszej współpracy, to powierzyliśmy mu też nagranie i miks płyty.

M MAG: Autorem wszystkich tekstów jest Piotr, ale zakładam, że skoro znalazły się na płycie, to wszyscy się z nimi utożsamiacie. Dlatego chciałam podpytać pół żartem, pół serio, dlaczego chcecie spalić moje miasto, czym jest prawdziwa śmierć i czy w dzisiejszych czasach faktycznie dobrze być cząstką wszechświata?

Piotr: (nuci) „Jak powstają twoje teksty, gdy mnie ktoś tak spyta…” (śmiech). Wiesz, ja piszę o dwóch najbardziej banalnych rzeczach na świecie: o miłości i śmierci, więc jest spora szansa, że każdy coś tam dla siebie znajdzie, rozpozna swoje doświadczenia, obawy, nadzieje w tych tekstach. Najważniejsze, żeby Zośce przypadły do serca, bo to ona musi je potem interpretować.

Zosia: Tak, w kwestii interpretacji mam spore pole do popisu, bo zarówno śmierć, jak i miłość niby są banalne, ale ile się tam dzieje! Może się powtórzę, ale naprawdę jestem wdzięczna Piotrkowi, że pisze tak świetne teksty, bo dzięki temu mam możliwość artystycznego poszukiwania tych wszystkich emocji w sobie. Mam nadzieję, że udaje mi się je przekazać w taki sposób, żeby nasi słuchacze również mogli tego doświadczyć.

Piotr: Trochę okrężnie odpowiadamy na Twoje pytanie, ale prawda jest taka, że niechętnie podejmuję się interpretowania własnych tekstów. Nie chcę zasłaniać się jakimś komunałem typu „każdy ma prawo do własnej interpretacji”, choć do pewnego stopnia ma, chodzi mi natomiast o to, że teksty są dla mnie raczej nośnikami emocji niż sensów. Od belferskiego pytania „co ten tekst znaczy?”, „co autor miał na myśli?”, ważniejsza jest dla mnie kwestia: „czy ten tekst działa?”, to znaczy – czy otwiera mnie na nowe doświadczenia, czy rezonuje z moją wrażliwością. Nie tworzę jakichś ukrytych znaczeń, głębokich przesłań, które następnie wyjawiam światu w formie rozbitej na wersy. Raczej kreuję pewną sytuację sceniczną – już o tym trochę mówiliśmy – i oddaję głos a to osobie, która przekuła swe cierpienie i krzywdę na wyzwalającą, niszczycielską siłę (jak w „Fire”), a to osobie dzielnie stawiającej czoło nieuchronnej perspektywie wymeldowania się z istnienia (jak w zacytowanych przez Ciebie „Prawdziwej śmierci” i „Niemieckim majstrze”).

M MAG: Przejście obojętnie koło szaty graficznej i sesji okładkowej Waszego albumu, powinno być karane co najmniej grzywną (śmiech). Opowiedzcie skąd pomysł na taką niebanalną koncepcję i kto za nią odpowiada.

Piotr: Cieszę się, że zwróciłaś na to uwagę. Pomysł layoutu płyty jest nasz, wykonanie zaś powierzyliśmy Kasi Adamowicz, mojej przyjaciółce ze studiów i naszej niezrównanej towarzyszce wypraw górskich. Kasia nie jest profesjonalną fotografką, dlatego też trochę się krygowała, zanim przyjęła zlecenie. Jeszcze w dniu sesji pytała nas, czy w razie czego mamy plan awaryjny. Uspokajaliśmy ją, że mamy, choć oczywiście nie mieliśmy (śmiech).

Zosia: Kasia ma świetne oko i doskonałe wyczucie koloru. Potrafi wyczarować na poły oniryczne, na poły malarskie światy na swoich zdjęciach. To nie był pierwszy raz, kiedy stanęłam przed jej aparatem, dlatego nie miałam wątpliwości, że i tym razem efekt będzie powalający. I faktycznie, nie myliłam się. Bardzo mi się podoba, że Kasia zwraca uwagę i dopieszcza każdy, najmniejszy nawet szczegół zarówno na etapie samej realizacji, jak i obróbki zdjęć. Mam nadzieję, że ta sesja będzie początkiem jej kariery fotograficznej. Przy okazji chcielibyśmy podziękować restauracji Czerwony Wieprz na warszawskiej Woli, która ugościła nas w swoich klimatycznych przestrzeniach na bardzo preferencyjnych warunkach.

M MAG: Planujecie w tym roku koncerty promujące wydawnictwo?

Zosia: Planujemy, jednak sytuacja jest dość niepewna i ze względu na nadal trwające pandemiczne okoliczności nie wiemy, jak to wyjdzie. Na chwilę obecną mamy umówionych parę koncertów na najbliższe miesiące. Na horyzoncie pojawiają się również wstępne plany na letnie festiwale muzyczne.

M MAG: Jakie są wasze muzyczne marzenia? Czego możemy wam życzyć?

Zosia: Myślę, że przede wszystkim chcielibyśmy nadal pozostać autentyczni i szczerzy w tym, co robimy. Wyobrażam sobie, że dzięki temu mamy szansę zdobyć grono słuchaczy, którzy doceniają nasze utwory za ich nietuzinkowość i eksperymentalność. Oczywiście chciałabym, żebyśmy w przyszłości doszli do takiego poziomu, kiedy z muzyki bylibyśmy w stanie się również utrzymać.  Jednak na chwilę obecną najważniejsza jest dla nas możliwość jak najczęstszych kontaktów z publicznością i dzielenia się ruinowym graniem z coraz to szerszym gronem słuchaczy. Oprócz tego, na koniec chciałabym nam samym życzyć zachowania tej świeżości i radości z grania, którą ciągle w sobie mamy, i jak najwięcej energii i przestrzeni do dalszych artystycznych poszukiwań.

M MAG: W takim razie trzymam mocno kciuki i życzę wam tego z całego serca. Gratuluję wydawnictwa i dziękuję za rozmowę!

Zosia i Piotr: Dzięki wielkie!

Rozmowę przeprowadziła Beata Ejzenhart - redaktor naczelna M MAG

KUP ALBUM „Tango na tłuczone talerze”

Wydawca: Klamka Music Records

POSŁUCHAJ W SERWISACH STREAMINGOWYCH

M  MAG POLECA:

Fire [Nadchodzę spalić twoje miasto]

The Furlough Song

Niemiecki majster

Tango na tłuczone talerze

SOCIAL MEDIA

Ruina Bar / Facebook

Ruina Bar / Instagram

Ruina Bar / Youtube

Ruina Bar / Spotify

Ruina Bar / WWW

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s