Jestem kolekcjonerem skrawków pamięci – Sebastian Krajewski [wywiad]

„Niebo w kamieniu“ to najnowsze wydawnictwo Sebastiana Krajewskiego – kompozytora i pieśniarza. Album ukazał się nakładem wytwórni Opus/Lydian Series i zawiera 14 kompozycji będących „intymnym śpiewnikiem duszy“ Artysty. Stylistycznie krążek łączy w sobie pierwiastek muzyki tradycyjnej, okraszonej lirycznymi przemyśleniami odwołującymi się do egzystencji i emocji a wszystko spięte jest aranżacją ocierającą się o relaksacyjną muzykę z elementami folku. O procesie powstawania albumu, inspiracjach, autorytetach i planach na przyszłość w wywiadzie dla M MAG opowiada sam Artysta.

M MAG: Komponujesz muzykę tonalną, często nawiązując do muzyki dawnej. Masz w swoim dorobku utwory kameralne, fortepianowe i wokalne. Piszesz także muzykę filmową, teatralną oraz rozrywkową. Jak to się zaczęło?

Sebastian Krajewski: Dorastałem w domu przepełnionym muzyką. Dla mnie była obecna od zawsze, dlatego nie pamiętam samego początku – tak samo, jak nie potrafię określić momentu, w którym zacząłem mówić, chodzić albo pierwszy raz chwyciłem do ręki jakiś przedmiot. Natomiast moja własna muzyka – pamiętam wymyślanie piosenek, które mój tata nagrywał czasem na kasety magnetofonowe w ramach wspólnej zabawy – zaczęła się mniej więcej kiedy miałem cztery lata. Później, przez wszystkie moje lata edukacji muzycznej tak się rzeczy układały, że w rezultacie zdecydowałem się studiować kompozycję w warszawskiej Akademii Muzycznej (tak się wówczas nazywał Uniwersytet Muzyczny). A teraz, po bez mała dwóch dekadach różnych zawodowych doświadczeń, zataczam koło i wracam do tego, co dla mnie najbardziej naturalne, z czego wyrastam – do piosenek.

M MAG: Twój największy muzyczny autorytet? To nie jest pytanie podchwytliwe 😉

Sebastian Krajewski: Ale za to trudne! W sumie chyba nie ma kogoś takiego, nie pozwala mi na to mój niepodległy i buntowniczy charakter. Gdybym jednak spojrzał z perspektywy drogi, którą przebyłem, pewnie przywołałbym kilka ważnych postaci. Nie chcę rzucać nazwisk, bo mógłbym niechcący kogoś pominąć. Zamiast tego powiem tak: muzyczny autorytet to dla mnie przede wszystkim ktoś, kto obok posiadania muzycznego talentu i profesjonalnych umiejętności będzie miał głowę wolną od nadmiaru dwóch rzeczy: ideologii i ekonomii – rzeczy, które moim zdaniem niszczą prawdziwą muzykę. Innymi słowy, mówiąc zarazem symbolicznie i dosłownie, muzyka musi wychodzić z całego ciała, nie tylko z głowy, a poza tym powinna być przede wszystkim darem – otrzymanym przez twórcę skądś i przekazywanym dalej – wszystkim ludziom.

M MAG: Odpalając płytę nie wiedziałam, czego się spodziewać i pierwsze co przyszło mi do głowy, to to, że poza piekną dedykacją powinieneś był  załączyć instrukcję:

„Słuchać wieczorem/nocą, podczas gorącej kąpieli wśród świec
lub w ogrodzie przy ognisku pod gwiazdami“ 😉

Sebastian Krajewski: Nawet o tym myślałem. Ale idę o zakład, że jeśli komuś spodoba się moja płyta, to sama albo sam na to wpadnie.

M MAG: Album z powodzeniem mógłby być zamieszczony na wszystkich reaksacyjnych playlistach Spotify ale nie ma go w streamingu. Będzie?

Sebastian Krajewski: Tak, pewnie niedługo się tam pojawi. Póki co zapraszam na niezależny serwis Bandcamp. I oczywiście polecam fizyczną płytę CD – jej okładka i w ogóle cała zawartość graficzna bardzo rezonuje z muzyką.

„Niebo w kamieniu” na Bandcamp: https://sebastiankrajewski.bandcamp.com/album/niebo-w-kamieniu

M MAG: O swoich utworach mówisz, że to „ zapomniane historie, o pamięci sięgającej głębiej niż pozwala na to rachuba czasu“. Skąd w Tobie ta pamięć?

Sebastian Krajewski: Jestem kolekcjonerem skrawków pamięci. Postrzegam pamięć trochę inaczej niż jest rozumiana zazwyczaj. Jeśli stanowi ona nasz wewnętrzny łącznik z tym, co minęło, a więc w jakiś sposób z tym, co nas w tym momencie przekracza, to dlaczego by nie spróbować jeszcze szerzej otworzyć się na to, co większe od nas samych – i to otwarcie potraktować jako sposób na życie. Wtedy może okazać się, ża nasza tożsamość zmienia kierunek, nabiera nowego kształtu, a nasza percepcja daje nam dostęp do miejsc wcześniej niezauważanych, będących poza naszym zasięgiem. I naraz przychodzi do nas inna pamięć, ślad czegoś, czego nie rozumiemy, nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, a zarazem wiemy doskonale, czujemy, że to jakieś prawdziwe doświadczenie przypomina o sobie z głębi czasu. A jeśli, tak jak w moim przypadku, temu wszystkiemu towarzyszy tęsknota, to chce się o tym śpiewać.

M MAG: Jesteś autorem tekstów, kompozytorem i aranżerem wszystkich utworów na płycie. Zaczynałeś od tekstów, czy melodii? Jak przebiegał proces tworzenia?

Sebastian Krajewski: W moim przypadku tekst i muzyka najczęściej powstają równocześnie. To się dzieje tak, że w jakimś momencie słyszę w środku głos, który chce wydostać się na zewnątrz. Włączam wtedy swój wewnętrzny odbiornik i jeśli wszystko dobrze pójdzie bez większych zakłóceń, to nagle wpada fraza, melodia, zwykle od razu ze słowami. Jest w tym dynamika przypominająca pęknięcie ziarenka i pojawienie się pierwszych kiełków. I dalsza praca przypomina właśnie pracę w ogrodzie – trzeba odpowiednio te kiełki pielęgnować, żeby wyrosła zdrowa, piękna roślina. Nie ingerować za bardzo, zaufać naturze.

M MAG:  Skąd czerpiesz inspiracje?

Sebastian Krajewski: Trochę już o tym opowiedziałem. To zawsze musi być impuls. Emocja towarzysząca jakiemuś wydarzeniu albo głęboko poruszająca historia. Coś, co łapie i nie puszcza, zmuszając niejako do twórczego dialogu. Tylko poprzez taki dialog można temu czemuś pomóc wydostać się na świat. I zawsze dotyczy to bliskich mi rzeczy. Podam przykład – niedawna masowa rzeź dzików w całym kraju przeraziła mnie, poczułem bezsilność i wstyd. Wyśpiewałem wtedy jednym tchem piosenkę „Nie opuszczajcie nas”, która jest moim wołaniem za utraconą wrażliwością, rozpaczą z powodu naszego ludzkiego odcięcia od przyrody, której przecież częścią jesteśmy i im bardziej się odcinamy, tym bardziej zapadamy się w sobie. Inspiracja to nie zawsze jest lekka sprawa, czasem przychodzi z samego dna.

M MAG: W instrumentalizacji dominuje gitara klasyczna, użyłeś też dość rzadko spotykane w muzyce popularnej instrumenty dawne i tradycyjne, m.in. średniowieczną lirę korbową, rebec (jeden ze średniowiecznych poprzedników skrzypiec), 11-strunowe kantele, czy harfę celtycką. W jaki sposób dobierałeś poszczególne instrumenty?

Sebastian Krajewski: Od lat współpracuję z muzykami grającymi na starych instrumentach, sam trochę gram na kilku, a do tego słucham dużo muzyki dawnej i tradycyjnej – z różnych stron świata zresztą. Więc to co znam, spontanicznie połączyło się z tym co lubię. Ten dobór był dla mnie dość oczywisty, a nawet, jeśli można tak powiedzieć, podręczny. To świat dźwiękowy, w jakim żyję.

M MAG: W utwory wplecione są też dźwięki natury. W świecie zdominowanym przez hałas, gwar i życie w ciągłym biegu to kojąca odskocznia. Chciałeś przenieść słuchaczy z nowoczesnego świata w czasy kiedy wszystko było bardziej dzikie i pierwotne?

Sebastian Krajewski: Jak najbardziej, przy czym dla mnie ta podróż skierowana jest raczej w przyszłość, bo nie chodzi tu o dosłowny powrót do tego co już było, a raczej o przywołanie ducha tego co odeszło – po to, żeby nas prowadził, jak mądra i doświadczona starszyzna plemienna. Jestem zdania, że jeśli nie odkryjemy na nowo i nie przedefiniujemy swojego pokrewieństwa z dzikością, z pierwotną energią życiową, nowoczesność prędzej czy później zamieni nas w maszyny niezdolne do czucia.

M MAG: W książeczce z tekstami podane są przeróżne daty – począwszy od 17.01.2013 na 24.03.2020 kończąc. Jak długo faktycznie powstawało „Niebo w kamieniu“?

Sebastian Krajewski: Daty wyznaczają moment, w którym dana piosenka nabrała kształtu i została zapisana na papierze. Natomiast sam album w ostatecznej, prezentowanej postaci zaplanowałem mniej więcej rok temu. Nagrywałem latem, jesienią trwała praca nad brzmieniem, zimą nad wydaniem i w końcu tej wiosny ukazała się płyta. Wyszło trochę tak, jak w przyrodzie – rosła sobie w rytmie rocznego cyklu.

M MAG: Na płycie znajduje się jeden utwór anglojęzyczny „Dirge for a Sailor“.  Osobiście, to mój ulubiony z płyty. Masz w planach nagranie albumu w całości w języku angielskim?

Sebastian Krajewski: Tak, mam więcej piosenek z angielskimi tekstami i właśnie nagranie takiego albumu planuję. Muzycznie będzie trochę podobny do „Nieba w kamieniu”, zaś tekstowo bardziej spójny, z tematem przewodnim.  A konkretnie, o ptasim świecie.

Sebastian Krajewski „Niebo w kamieniu” – Dirge for a Sailor

M MAG: Utwory na płycie brzmią trochę jak wersje „live“ (z dopiskiem „genialne“ wersje live), czy zależało Ci na osiągnięciu takiego właśnie efektu?

Sebastian Krajewski: To było zaplanowane niemal na samym początku powstawania płyty. Chciałem stworzyć odpowiednie, nieśpieszne warunki pracy, nagrywać w określony sposób i później miksować cały materiał tak, żeby uzyskać jak najbardziej naturalne brzmienie. Ważnym elementem realizacji takiego planu jest utrzymanie specyficznej równowagi w wykańczaniu detali – tak, żeby zachować pewne niedoskonałości, małe wahnięcia głosu, pozwolić wszystkiemu płynąć właśnie tak, jak podczas żywego grania przed publicznością. Cieszę się, że to wyszło.

M MAG: Wszyscy tęsknią za koncertami i nie mam tu na myśli koncertów on-line. Przewidujesz jakieś (legalne lub nie) w niedalekiej przyszłości?

Sebastian Krajewski: Jak najbardziej. Gra na żywo to jest najpełniejsza i najszlachetniejsza forma muzyki, jej zdrowie, żywotność. Muzyka pozbawiona żywego, bezpośredniego przepływu energii między artystą a słuchaczem, z czasem zaczyna usychać i umiera.

W ogóle uważam, że kultura nie przetrwa w wersji online. Stanie się z nią mniej więcej to samo, co dzieje się ze zwierzętami trzymanymi w ZOO. Żyją, są w miarę bezpieczne i zaopiekowane, ale czy to rzeczywiście jest życie, czy raczej tylko przetrwanie? Czy grożące kulturze przeobrażenie w rezerwat albo skansen to wszystko na co nas stać? No chyba, że nie jest nam już do niczego potrzebna, bo fajni, bogaci wujkowie z wielkich korporacji głoszą, że nastała epoka algorytmów.

Ponieważ moja muzyka ma raczej niszowy charakter, dobrze nadaje się na małe, kameralne koncerty. Kto będzie chciał posłuchać muzyki na żywo, z pewnością poradzi sobie z dotarciem na taką imprezę.

M MAG: Będę niecierpliwie wyczekiwać! Na koniec zdradź mi swoje muzyczne (lecz niekoniecznie) plany, marzenia, cele do zrealizowania?

Sebastian Krajewski: Obecnie trudno wybiegać zbyt daleko, skoro co kwartał urządza nam się dość zagadkowe manewry pandemiczne, beztrosko przetasowujące wszelkie nasze plany, zupełnie jak w jakiejś karcianej grze. Ja, jak wszyscy, staram się mimo wielu przeciwności odnaleźć własną równowagę.

Z pewnością będę więcej śpiewał o tym co dla mnie ważne. Pomału zbieram materiał na kolejne dwie płyty, które chciałbym nagrać i wydać w ciągu najbliższych lat. I zawsze poszukuję kontaktu z pokrewnymi – nie tylko muzycznie – duszami, bo nie ma to jak usiąść na ziemi w ludzkim kręgu i zanurzyć się we wspólnych opowieściach i pieśniach.

M MAG: W takim razie trzymam mocno kciuki i życzę powodzenia. Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję do zobaczenia i usłyszenia na koncertach!

Rozmowę przeprowadziła Beata Ejzenhart 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s