Cieszę się, że po raz kolejny mogłam pojawić się na Great September jako delegatka. To już moja kolejna edycja tego festiwalu i chyba właśnie dlatego coraz bardziej mam wrażenie, że wracam tu nie tylko dla muzyki, ale też po to, żeby spotkać ludzi, których znam, poznać nowych i zobaczyć, co aktualnie dzieje się na polskiej scenie.
Great September po raz piąty opanował centrum Łodzi. Przez trzy dni kilkanaście miejsc zamieniło się w festiwalowe sceny, a centrum miasta właściwie cały czas żyło muzyką. Blisko 100 artystów, koncerty, panele, warsztaty i spotkania sprawiły, że tradycyjnie trzeba było dokonywać trudnych wyborów. Jak zwykle program wyglądał tak, jakby ktoś zapomniał, że człowiek ma tylko dwie nogi i nie potrafi być jednocześnie w pięciu miejscach. I właśnie to jest chyba jeden z uroków Great September.
Duże nazwiska, duże sceny
Jednym z koncertów, na które czekałam, był oczywiście Krzysztof Zalewski. Są artyści, których można oglądać wiele razy i za każdym razem dostaje się dokładnie to, po co przyszło się pod scenę. Zalewski zdecydowanie do nich należy. Ogromna energia, świetny kontakt z publicznością i poczucie, że na scenie naprawdę cały czas coś się dzieje. To nie jest koncert, podczas którego można spokojnie stanąć z boku i tylko obserwować. Zalewski bardzo szybko wciąga publiczność w swój świat.
Nieco inaczej odebrałam występ Julii Wieniawy. Poszłam przede wszystkim z ciekawości, bo interesuje mnie obserwowanie artystów, którzy rozwijają się i budują swoją pozycję również koncertowo. I tutaj naprawdę było widać ogrom pracy włożonej w przygotowanie całego seta. Wszystko było przemyślane – od muzyki, przez ruch sceniczny, po sposób prowadzenia koncertu. Wieniawa pokazała się jako artystka bardzo dobrze przygotowana do grania na żywo i świadoma tego, jak chce wyglądać jej koncert.
Zupełnie inny klimat przyniósł Igor Herbut. Jego występ miał w sobie zdecydowanie więcej kameralności. W ramach Secret Show artysta zaprezentował przedpremierowo materiał z przygotowywanej płyty Żeremie, dzięki czemu można było usłyszeć nowe utwory jeszcze zanim trafią do szerszej publiczności.
I chyba właśnie ta delikatność najbardziej zapadła mi w pamięć. Bez potrzeby robienia wielkiego show za wszelką cenę. Było bardziej intymnie, spokojnie i emocjonalnie. Czasami naprawdę nie potrzeba ogromnej produkcji, żeby przyciągnąć uwagę publiczności.
Nie wszystko musi być oczywiste
Ciekawym punktem programu był dla mnie również Sensei Dżakba. To był jeden z tych występów, przy których od razu zaczyna się zastanawiać, co właściwie wydarzy się na scenie. Dużo ekspresji, nietypowa forma i performance, który zdecydowanie nie był kolejnym „zwykłym” koncertem. Podobało mi się, że za tym wszystkim stał konkretny pomysł i że można było odebrać ten występ na swój własny sposób. Zdecydowanie jedna z tych rzeczy, które zostają w głowie trochę dłużej.
I bardzo dobrze.
Great September jest właśnie miejscem, w którym takie rzeczy mają sens. Obok dużych, dopracowanych koncertów pojawiają się artyści, którzy próbują czegoś mniej oczywistego i niekoniecznie chcą podać publiczności wszystko w prosty sposób. Występ Sensei Dżakby zostawił mnie właśnie z takim poczuciem, bardziej do przemyślenia niż do szybkiego ocenienia.
Z kolei schafter pokazał zupełnie inną stronę scenicznego grania. Jego koncert był trochę ironicznym, trochę odklejonym, a jednocześnie bardzo świadomym. Artysta od lat konsekwentnie buduje własny język i na scenie było to dobrze widoczne.
I właśnie po to są małe sceny
Jak co roku najwięcej ciekawości wzbudzały u mnie jednak nazwiska, których wcześniej nie znałam albo których nie miałam okazji zobaczyć na żywo.
Oczywiście lista artystów, których chciałam zobaczyć, była dużo dłuższa niż możliwości czasowe. Udało mi się zahaczyć między innymi o Marię Peszek x Hoshii, Kubę Karasia, Lottę, Koty Bez Oczu, Psy Bez Nóg czy Drabusheykę.
Była też Eva Aksamit, Bazgrołki i Martini Police . Nie będę udawać, że udało mi się zobaczyć każdy koncert od początku do końca. Nie przyjeżdża się tutaj tylko po to, żeby stać pod jedną sceną przez trzy dni. Cały czas coś się dzieje i trudno być wszędzie.
Międzynarodowy Great September
W tym roku szczególnie ciekawiła mnie również obecność zagranicznych artystów. Tegoroczna edycja mocniej postawiła na międzynarodowy wymiar, dzięki czemu wśród wykonawców pojawili się artyści z różnych części świata.
Jednym z nich był Ata Kak z Ghany. To zdecydowanie ciekawy kierunek dla festiwalu, obok polskich artystów można było zobaczyć wykonawców, których na co dzień niekoniecznie mamy okazję posłuchać.
W programie pojawili się również m.in. Los Bitchos czy Dove Ellis. Dzięki temu tegoroczny Great September miał trochę szerszą perspektywę niż tylko prezentowanie tego, co aktualnie dzieje się na polskim rynku.
Festiwal, który dzieje się również poza sceną
Great September to jednak nie tylko koncerty. I chyba z każdą kolejną edycją coraz bardziej to doceniam.
W ciągu dnia można było uczestniczyć w panelach, warsztatach i spotkaniach dotyczących branży muzycznej. Rozmawiano m.in. o promocji, mediach społecznościowych, koncertach i funkcjonowaniu artystów na rynku.
Dla mnie jako osoby działającej zarówno po stronie artystów, jak i organizacyjnej, ta część festiwalu jest równie ważna jak koncerty. Muzyka to przecież nie tylko scena. Za każdym występem stoi masa ludzi, decyzji, rozmów, maili, telefonów i rzeczy, których publiczność zazwyczaj nie widzi.
A Great September daje możliwość spotkania wielu z tych osób w jednym miejscu.
Łódź znowu zrobiła swoje
Trzy dni koncertów, rozmów, spotkań, biegania między scenami i ciągłego sprawdzania programu ponownie pokazały mi, że Łódź bardzo dobrze odnajduje się w roli miasta festiwalowego. Podoba mi się w Great September właśnie to, że nie zamyka się w jednej przestrzeni. Festiwal wychodzi na miasto i wykorzystuje miejsca, które na co dzień funkcjonują zupełnie inaczej. Dzięki temu centrum Łodzi przez kilka dni naprawdę zaczyna żyć muzyką. Tegoroczna edycja była dla mnie przede wszystkim mieszanką dużych koncertów, ciekawych odkryć i spotkań, które mogą mieć ciąg dalszy już długo po zakończeniu festiwalu. Z jednej strony Zalewski i jego energia, z drugiej świetnie przygotowany koncert Wieniawy, bardziej subtelny Herbut, schafter, który konsekwentnie pozostaje sobą, i Sensei Dżakba zostawiający publiczność z czymś więcej niż tylko muzycznym wrażeniem. I chyba właśnie za tę różnorodność lubię Great September najbardziej.
Obserwuj mnie na Instagramie, aby nie przegapić najciekawszych nowinek ze świata muzyki: https://www.instagram.com/yellowsnare/