foto: Łukasz Gawroński/serwis Rock House
Po najdłuższej w swojej 30-letniej historii przerwie między albumami, Myslovitz powrócił wydawnictwem „Wszystkie narkotyki świata”. Przez ten czas w zmieniło się w zespole bardzo wiele, na czele z wokalistą, którym został Mateusz Parzymięso, ale o płycie można powiedzieć – stare, dobre Myslo. Takie, które w melodyjnych piosenkach porusza mocne tematy, a także ukazuje prawdziwe uczucia i emocje, targające współczesnymi ludźmi. Można wręcz pokusić się o porównania z Radioheadowym „OK Computer”… O nowym albumie opowiadają gitarzyści, Przemysław Myszor i Wojciech Powaga-Grabowski.
Na początek muszę zapytać – dlaczego na ten album czekaliśmy aż dziesięć lat?
Przemek Myszor: Za takie pytania to się po gębie dostaje (śmiech). Dla wyjaśnienia muszę dodać coś, czego państwo mogą nie zauważyć, ale czekaliśmy równie długo jak Wy! I pozwolę sobie na założenie, że dla nas to czekanie było bardziej odczuwalne i bolesne. Po prostu, nie udało nam się wcześniej zrobić tej płyty. Próbowaliśmy, ale mieliśmy wokalistę, który nie pojawiał się na próbach. A nie potrafiliśmy bez niego ukończyć piosenek, aranżacji. Kiedy tak jak Myslovitz, pracujesz nad piosenkami zespołowo, to zmieniasz je na bieżąco w sali prób, w czasie rzeczywistym, sprawdzasz, zmieniasz, poprawiasz. Mówimy o piosenkach, czyli formach śpiewanych. Trudno je zweryfikować bez wokalisty. To, co my gramy na instrumentach, tylko wspomaga przekaz wokalisty, jest podporządkowane energii i emocjom, które przekazuje ludzki głos. Naturalnie wszyscy tak słyszymy różne barwy i częstotliwości, że ludzki głos jest dla nas najważniejszy, najbardziej zwraca naszą uwagę. Mamy to zapisane w podświadomości. Bez śpiewania piosenki nie istnieją. A ani ja, ani Jacek nie jesteśmy przekonujący jako wokaliści w Myslo, więc o ile od biedy da się pracować, to jednak musimy mieć wokalistę na każdej próbie. Jak się już taki pojawił, to proces mocno przyspieszył.
Wojtek Powaga-Grabowski: Te dziesięć lat przeleciało nam bardzo szybko. Ze strony fanów jak i dziennikarzy wciąż padało pytanie: Kiedy płyta, kiedy płyta? Oczywiście, nie ukrywam, że po drodze mieliśmy różne perturbacje na stanowisku wokalisty zespołu, co nas znacznie spowolniło, ale należy pamiętać, że zespół Myslovitz był i jest cały czas czynny koncertowo, cały czas jeździmy w trasy, cały czas pracujemy na sali prób, nawet teraz, kiedy materiał jest dopiero co wydany, wciąż ćwiczymy, gramy i nie powstrzymujemy się od komponowania nowych utworów. Każdy z nas ma setki pomysłów, a melodie, piosenki przychodzą nam bardzo łatwo, przez ten okres powstało ich mnóstwo. Obiecaliśmy sobie, że na każdy z nich poświęcimy tyle samo uwagi, czasu, każdy spróbujemy zamknąć porządnym aranżem i chyba się trochę zapętliliśmy. A teksty… Teksty powstają na samym końcu, kiedy już mniej więcej wiemy, jaka emocja, jaki klimat jest w utworze, o czym napisać, o czym powiedzieć… U nas trwa to dosyć długo. Przykładamy bardzo dużą wagę do warstwy lirycznej i chyba najlepiej nam się pisze pod presją czasu, kiedy terminy już naprawdę gonią, wtedy jesteśmy najbardziej kreatywni. Do dziś pamiętam… Kiedy nagrywaliśmy płytę w studiu u Zbigniewa Preisnera („Happiness Is Easy” z 2006 – red.). W pewnej chwili szef wchodzi do reżyserki i słyszy, jak Rojas śpiewa po „holendersku”. I zaczyna krzyczeć: A gdzie wy, k…a, macie teksty? Jak wy możecie nagrywać bez tekstu? Myślałem, że nas wyrzuci ze studia. Nikt nas nigdy tak nie opieprzył (śmiech).
Przemek: Tak, Zbigniew strasznie się podpalił. Palnął nam wykład o tym, jak muzyka musi się uzupełniać z tekstem i z nim współpracować, a już zwłaszcza charakter instrumentacji. Mówił, że to nie za bardzo profesjonalne i że postawiliśmy na głowie proces pisania piosenek. W sumie pewnie ma rację, tyle, że w naszym przypadku to jakoś działa i to nawet nieźle chyba, co? Od zawsze tak pracowaliśmy i mamy jakiś taki wewnętrzny kompas emocjonalny, który nas dość dobrze prowadzi przez ten proces. Ale uściślijmy, żeby rozmówcy nie wprowadzać w błąd. To nie było tak, że nagranie „Wszystkich narkotyków świata” zajęło nam 10 lat. W życiu zespołu bardzo dużo się wydarzyło i zwykle uporanie się z takimi historiami zajmuje dużo czasu. Czasem więcej, niż by człowiek chciał. Nie zawsze masz nad tym kontrolę. W sumie to raczej nie masz nad tym kontroli.
Przez te dziesięć lat bardzo dużo się u was w zespole zmieniło…
Wojtek: Bardzo dużo? Tylko i aż wokalista… I to wszystko. Tylko, bo każdy z nas komponuje, przynosi piosenki, kompletnie nie mamy z tym problemu, obaj z Przemkiem piszemy teksty… Zatem motor, artystyczny silnik pozostał i działa bardzo dobrze.
Przemek: No, nie wiem, bo o ile z kompozycjami jest zawsze „z górki”, to zwykle mamy deficyt tekstów, które powstają w ostatniej chwili. Z tekstami to jest tak, że coś się musi zadziać, coś cię w sercu musi natchnąć, bo jak nie, to odwalasz po prostu jakieś wypracowanie. Przynajmniej tak jest u nas. Pisanie tekstów to jest osobliwa historia. My się zwykle musimy dobrze nastroić, wpaść w pewien określony stan otwartości, uważności, skupienia i odczuwania. Wojtek nazywa to stanem „plastyczności”. Jak go już osiągniemy, to te teksty jakoś same zaczynają się pisać.
Wojtek: Tak, ale obojętnie co byśmy nie napisali, jakie wielkie dzieło by powstało, musi być ten ktoś, kto to przekaże w odpowiedni, charakterystyczny dla nas, dla naszych utworów sposób. Przyjaciele z zespołu Lorein, w którym gra Aleksander Kaczmarek, nasz wspaniały producent muzyczny obecnie wydawanej płyty, nagrali krążek pod tytułem „Próba przeczekania wiatru”. Jestem przekonany, że zespół Myslovitz bardzo bezpiecznie przeczekał wszystkie burze i nabrał mnóstwo wiatru w żagle, co słychać na naszym najnowszym wydawnictwie.
Przemek: Przypomnijmy, że na ten czas przypadł covid, a my na dodatek właśnie wtedy zmienialiśmy wokalistę. Ktoś mógłby pomyśleć, że teoretycznie lockdown to jest taki dobry moment, żeby się zamknąć i zaszyć, ale nie w naszym przypadku. Covid nas bynajmniej nie zmotywował. Wojtek ma „fisia” na punkcie chorób różnych, więc w ogóle odmówił przychodzenia na próby. A reszta była totalnie rozbita psychicznie. Znaleźliśmy wreszcie wokalistę, puzzel wskoczył na miejsce i kiedy braliśmy rozbieg, to w tym momencie świat wkroczył z następną przeszkodą. Globalna pandemia. Znów poza jakąkolwiek kontrolą. Nikt nie wiedział, jak się z tym obchodzić, a na dodatek ludzie naprawdę umierali. Świat się zatrzymał, zapalił czerwone światło. Jak wiadomo, w Polsce nasza branża została całkowicie opuszczona przez państwo, pewnie jako niepokorna i niepoprawna politycznie. Najdłużej i najdotkliwiej odczuwaliśmy dolegliwości zamknięcia. To mocno podcięło nam skrzydła. Do tego doszła też zmiana managementu, całej naszej logistyki – właściwie rozsypał nam się cały bios. Ale chyba w tym wszystkim szczęście nam dopisało w różnych zbiegach okoliczności. Chociażby Aleks, o którym wspomniał Wojtek. Bez nowej płyty Lorein byśmy się nie spotkali w pracy, a już na pewno nie przy tej płycie. Czyli może właśnie tyle trzeba było czekać, aby wszystkie okoliczności właściwie się spięły. Przy innym układzie gwiazd ta płyta byłaby inna i zakładam, że nie mielibyśmy takiej satysfakcji.
Zdążyliście też zostać zespołem niezależnym – poprzednią płytę wydaliście u majorsa, teraz wydajecie ją robicie to samodzielnie, w dystrybucji e-muzyki. Pójście na swoje było dla was ulgą czy wyzwaniem?
Przemek: Wiesz co, chyba się nad tym nie zastanawialiśmy nawet. Po prostu nie chcieliśmy wydawać w dużej wytwórni. Przy ostatniej płycie wydawca się nie popisał, w ogóle nic się nie wydarzyło. Byliśmy bardzo niezadowoleni. Kiedy podpisywaliśmy kontrakt, to była jeszcze zupełnie firma, później wszystko się popsuło. Mieliśmy na płycie bardzo znany znaczek, który teoretycznie był nobilitacją, ale w rzeczywistości i tak wszystko musieliśmy robić sami. Jak już mówiłem, kilka lat temu zmieniliśmy też management. Rock House Entertainment polecili nam e-muzykę, bo dobrze im się z nimi współpracowało, a e-muzyka zgłosiła się zresztą do nas już na samym początku nagrań, wyrażając zainteresowanie współpracą przy płycie. Zatem dość naturalnie wszystko się razem zbiegło.
Czas porozmawiać o nowym wokaliście, Mateuszu Parzymięso. W jakich okolicznościach pojawił się na orbicie zespołu?
Wojtek: Mateusz w świecie Myslovitz był obecny już od bardzo dawna. Dotarł do finałowej trójki podczas przesłuchań, kiedy szukaliśmy kogoś na wolne miejsce po rezygnacji naszego ówczesnego wokalisty (Artura Rojka – red.). Wybraliśmy Michała Kowalonka. Mateusz był wtedy bardzo młodym chłopakiem. Jestem pewien, że dobrze się stało, jak się stało, bo Mateusz to bardzo wrażliwy człowiek i nie sądzę, żeby w tamtym czasie poradził sobie z ogromną ilością hejtu, który jak wodospad wylał się na nas w mediach społecznościowych po odejściu Rojasa (Rojka – red.). Chylę czoła przed Michałem, aż dziw bierze, że nie roztrzaskał się na skałach. To było straszne.
Przemek: W 2012 szukaliśmy dużej zmiany, stąd m. in. wybór Michała Kowalonka, znacznie różniącego się od Artura. Mateusz zaczął z nami śpiewać w 2019, po tym, gdy stało się nas jasne, że nie nagramy nowej płyty w ówczesnym składzie, a jeśli nie nagramy nowej płyty, to będziemy musieli rozwiązać zespół, czego oczywiście nie chcieliśmy. Nie po to się walczy tak długo, by tak łatwo rezygnować. Stwierdziliśmy, że trudno, musimy podjąć tę bolesną decyzję, przed którą się zresztą długo broniliśmy, i rozstać się z Michałem. Padła decyzja, że rzucamy się w nieznane i trudno – albo kogoś znajdziemy, albo utoniemy. Myślę, że gdybyśmy tego wtedy nie zrobili, to zespół by już w tej chwili nie istniał. Łukasz Lańczyk zgodził się dośpiewać z nami pozostałe koncerty z trasy, co dało nam trochę czasu, ale wokalistę musieliśmy znaleźć jak najszybciej. No i wtedy Jacek z Lalą (Jacek Kuderski, basista i Wojciech Kuderski, perkusista – red.) powiedzieli, żeby wrócić do Mateusza, bo poprzednio bardzo dobrze się pokazał. Mateusza znaliśmy jeszcze przed tymi przesłuchaniami – jeszcze przed 2012 z zespołem Kid A grał przed nami supporty. Grali też z Jackiem Kuderskim na dwóch jego trasach koncertowych. Czyli kontakty były utrzymywane na bieżąco od bardzo dawna. Zadzwonili do więc do niego, zaprosili na próbę. Mateusz się wzbraniał, nie chciał. Miał już ułożone życie, był w zupełnie innej sytuacji. No i przeżył też mocno, żeśmy go wtedy nie wzięli. Ale w końcu stwierdził: Dobra, spróbuję.
Wojtek: Warto dodać, że Mateusz był i chyba nadal jest fanem naszej muzyki, wychował się na niej. Potrafi zagrać wszystkie nasze stare piosenki – czym zawstydza nas na próbach, bo niejednokrotnie sami nie pamiętamy naszych utworów – do tego wszystkie Radioheady i wszystkie Lachowicze (utwory Jacka Lachowicza, znanego ze Ścianki i Lenny Valentino – red.) i Pink Floydy. A ponoć zaczął grać na gitarze kilka lat temu.
Przemek: To nieprawda. Już na przesłuchaniach grał na gitarze, zresztą bardzo poprawnie. Jako jedyny potrafił zagrać „Szklanego człowieka” jak należy. Tam jest osobliwa gitara, a on to grał. Ja myślę, że on tak przez skromność mówił, że nie umie grać. To najlepiej wykształcony muzycznie członek zespołu – choć to nie najważniejsze – i jest do tego niesamowicie muzykalny, wrażliwy i emocjonalny. No, po prostu, jakby był z Myslovitz.
Czujecie, że to będzie ten wokalista na lata?
Wojtek: Jestem pewien, że to jest ten wokalista, że zostanie z nami do końca. Zgraliśmy się idealnie – i charakterologicznie, i kompozycyjnie, i muzycznie. Nie licząc różnicy wieku, jesteśmy tacy sami. Mateusz ma ogromną pasję grania, tworzenia – już na tej płycie pojawiła się jego kompozycja, „19”. Myślę, że nie raz nas zaskoczy, tak jak zaskoczył swoją grą na saksofonie, a dokładniej solówką, którą zagrał na tym instrumencie w piosence „Dziewczyna z wiersza Lennona”. Robi ogromne wrażenie na publiczności podczas wykonywania tego numeru na koncercie. A kiedy przychodzimy na próby i urządzamy sobie pogaduszki na temat naszego pięćdziesięcioletniego już stanu zdrowia, on stawia nas do pionu: Panowie! Nie ma p…enia,, gramy, gramy! (śmiech).
Przemek: „Do końca”, ależ to zabrzmiało… Prawie romantycznie, hi hi hi. Każdy wokalista, który u nas był, był wokalistą na lata. Nie wybieramy ludzi na zasadzie: A, na razie zostanie, za rok się go wymieni. Po pierwsze, to absurdalne i nie ma sensu w przypadku zespołu. Po drugie, żeby kogoś wprowadzić do zespołu, musisz zużyć bardzo dużo energii. Bez sensu jest tyle inwestować, a potem wszystko zmieniać. Poza tym publiczność źle to odbiera, ja to źle odbieram. U nas personalnie zmiany następują rzadko. Chociażby w kółko jeździmy z tą samą techniką. Nie zmieniamy nic, chyba, że jest taka sytuacja jak z Michałem, gdy po prostu nie dało się pracować. I zajęło nam sześć lat, by to zaakceptować. Ale muszę stwierdzić, że też uważam, iż Mateusz to jest właśnie ta osoba. Takie rzeczy się czuje, jak w każdym związku, a ten trwa już parę lat, więc już byśmy zauważyli. A tu jest coraz lepiej, coraz swobodniej i coraz bardziej twórczo.
Wojtek: Jeśli wprowadzasz nowego wokalistę, musisz mu dać absolutnie wszystko to, co masz ty w zespole i wymagać tyle, ile wymagasz od reszty ekipy… Od siebie. Musisz go traktować od razu jak jednego z was. Każdy z chłopaków, którego mieliśmy, już na wstępie zostawał pełnoprawnym członkiem zespołu. I tylko wtedy to działa… Powinno działać.
Z jakimi założeniami nagrywaliście „Wszystkie narkotyki świata”?
Wojtek: Po dosyć trudnych płytach „Nieważne jak wysoko jesteśmy” i „ 1.577” jedynym założeniem był jasny, prosty przekaz. tak w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. Bez zbędnego napinania się i szukania przesadnego artyzmu, egzystencjalnej martyrologii. Pewnego dnia Przemek napisał mi wiadomość : Wojtek, mam taki pomysł, może byśmy zrobili płytę o miłości? Ja na to: No co ty, miliardowa płyta o miłości?! Przecież każda nasza piosenka jest, o miłości! Nie minęło trzydzieści minut, odbieram strasznie długiego maila od Przemka, a tam wypisane, o czym jest każdy nasz utwór – ten o zabijaniu, ten o nienawiści, ten o samotności, ten o podcinaniu żył, ten o narkotykach, ten o łowcach skór z pogotowia w Łodzi. Okazało się, że o miłości było z dwadzieścia kilka procent. Jakie ogromne było moje zdziwienie, po pierwsze, że się mu to chciało robić (śmiech), a po drugie, że piszemy takie depresyjne teksty. Zatem to był jedyny koncept – zrobić mądrą, a zarazem przystępną dla słuchacza płytę.
Przemek: Zamiast „przystępna”, używaliśmy słowa „komunikatywna”, bo przystępność kojarzy się z taką lekkością. Po dwóch ostatnich płytach, które są ekstremalnie trudne i ciężkie do słuchania, nie miało sensu robić następnej tego typu. My mówimy, że nowe piosenki są o miłości, ale w rzeczywistości mówią ogólnie o związkach, o uczuciach, które się rodzą między ludźmi. Są sumą emocji, które się rodzą w ludziach. Jest trochę ciężkich tekstów, jest trochę prostych, kilka poważniejszych i kilka lżejszych. Część słuchaczy będzie w nas rzucać za to kamieniami, a część częstować ciastkami śmietankowymi. Normalnie, jak to u nas. W rozkroku między dwoma światami.
Moim zdaniem najlepszym utworem na płycie są „Latawce”, z gościnnym udziałem Kasi Golomskiej z ATLVNTA. Jak powstał ten numer?
Wojtek: Pomysł na piosenkę przyniósł na próbę Wojtek „Lala” Kuderski, była to bardzo Oasisowa melodia, ze stadionowo-kibicowskim zaśpiewem po refrenach. Przemek dorobił instrumentarium i charakterystyczne melorecytacje inspirowane piosenką Arlo Parks, która miękko i delikatnie rapuje bardzo poważne, wręcz ostre treści. Szukaliśmy kogoś, kto by coś takiego wykonał, mieliśmy kilka propozycji, ostatecznie poprosiliśmy Kasię Golomską. Ma piękny, aksamitny głos i frazę, która idealnie pasuje do tego utworu.
Przemek: Mogę ci zdradzić, że przez jakiś czas forsowałem, by „Latawce” miały lekki puls hiphopowy, z którego zresztą wzięła się partia Kasi. Na początku miały też sekcję dętą i to się nawet broniło, ale część zespołu, zwłaszcza Lala, który przyniósł tę piosenkę, był temu przeciwny. Ostatecznie, za namową Aleksa, zrobiliśmy na gitarowo – i bardzo dobrze.
Bardzo podoba mi się tekst „Latawców” – wydaje się idealnie ogniskować całe nasze zagubienie we współczesnym świecie.
Przemek: Tekst to była droga przez mękę. Pierwszą wersję przyniósł Wojtek, było w nim mnóstwo świetnych fragmentów, na których całość została ostatecznie oparta. Demówkę nagrywaliśmy z Maćkiem Wasio z OCN. Zamknął nas w studiu i powiedział: Piszemy ten tekst. Nie pójdziecie do domu, zanim nie będzie napisany. Największym problemem było parlando. Ten moment mówiony miał brzmieć tak, jakby ktoś cię głaskał po głowie, a jednocześnie miał w założeniu przełamywać poetyckość zwrotek i refrenu. A tekst początkowo był bardzo męski, ciężki i pełen frustracji. Trochę przypominał niektóre teksty z „1.577”, a tego akurat miało przecież nie być. Musieliśmy go przerobić tak, by w bardziej miękki sposób opisywał skomplikowane i niełatwe emocje. Mogę ci zdradzić, co bezpośrednio mnie zainspirowało do napisania tego fragmentu. Kiedyś byłem nauczycielem i opiekunem szkolnego zespołu teatralnego. Raz pojechaliśmy na przegląd do jakiegoś miasta. Jak to na wycieczkach, dałem dzieciakom czterdzieści minut czasu wolnego na rynku, by sobie pospacerowali, kupili coś. Po czterdziestu minutach jedna dziewczyna mówi: Wie pan co, Tomka okradli i zbili. Ale niech pan się nie przejmuje, takie rzeczy są normalne, zdarzają się na co dzień. Pytam Tomka, jak to się stało. Tomek mówi: Normalnie, jeden dał mi w zęby, drugi kazał szukać po skarpetach, czy mam kasę. Ale tak szukałem, że nie znalazłem. Uwierzyli i dali mi spokój, leszcze jedne… I oni to mówili w taki sposób, jakby to było normalne, a dla mnie to brzmiało jak rzeczywistość z wojny. Jakbyś rozmawiał z dziećmi wychowanymi w innej rzeczywistości, dla których bicie, kradzież, samobójstwo to takie normalne, codzienne rzeczy. Ja byłem cały spocony z przejęcia, a oni opowiadali o tym tak, jakby mi opisywali wypad na ryby, albo ognisko z kolegami – nic specjalnego, zwykły dzień. Dla młodych ludzi przemoc, szczególnie werbalna, depresje, myśli samobójcze, to są właśnie normalne sprawy. A my nie dostrzegamy tej perspektywy, straciliśmy czujność i częściowo kontakt z młodymi. To akurat normalne, bo nas się do ich świata raczej nie wpuszcza. Kiedy my byliśmy młodzi, nie było w ogóle takiego tematu jak depresja. A oni tym wszystkim żyją. Takie zaburzenia ma obecnie większość młodych ludzi. Zresztą, jeśliby zdiagnozować ludzi tak po całości, to większość miałaby „w papierach” jakiś epizod depresyjny, nerwicowy, lękowy. I o tym pisaliśmy. Ale chcieliśmy to powiedzieć właśnie lekko, tak po prostu, wręcz jałowo.
Wojtek: Bardzo staraliśmy się, by nie przeładować sensu tego utworu…
Przemek: Ale i tak przeładowaliśmy. W drugiej części tekstu nawiązałeś do czarnych marszy. Mocno kłóciliśmy o tego Boga, który jest kobietą. Ja nie chciałem podnosić tematu Boga, bo to zawsze ryzyko, ale Wojtek się upierał. Miał być to taki prztyczek w nos tych fundamentalistów, przy czym dodam, że Wojtek jest wierzący, chodzi do kościoła. Niemniej, bałem się tego w piosence, nie chciałem tego wprowadzać. Dla mnie jakikolwiek wymiar boski w tym utworze był odwróceniem tego, o czym ja chciałem mówić. Chciałem opisać, jak wszyscy jesteśmy w życiu zagubieni, niezdecydowani, w takim ujęciu „katolickim” to bardziej bez Boga, pomimo Niego.
Tytuł albumu, „Wszystkie narkotyki świata” brzmi dość kontrowersyjnie, łatwo go opacznie zinterpretować…
Wojtek: Na początku Przemek wymyślił „Krótkie piosenki o miłości”. Nie podobało mi się: zbyt miękkie, ugłaskane. Potem przez długi czas miało być „Miłość”, ale kiedy Maciek Durczak z managementu zauważył tytuł piosenki „Wszystkie narkotyki świata”, powiedział: To jest świetne na tytuł płyty! Szerokie, niejednoznaczne, lekko kontrowersyjne, nie można obok tego przejść obojętnie. Idealnie zamyka całą treść utworów w klamrę.
Przemek: Kiedy Wojtek przyniósł okładkę, upatrzył sobie gdzieś to zdjęcie w sieci. Do tego przypasował mi tytuł „Krótkie piosenki o miłości”, ale cały czas był lekko fishy, coś w nim nie grało. Był banalny. Potem wyszedł singiel „Miłość”. On też miał inny tytuł na początku, „Nie możesz przestać”, ale wtedy chyba to Maciek (Maciej Durczak, manager – red.) zasugerował, że trzeba przywalić „Miłością”. No i nam się ten tytuł teraz odbija…. Wtedy też padła sugestia, że skoro singiel nazywa się „Miłość”, piosenki są o miłości, to może album zatytułować „Miłość”? Początkowo myślałem, że to słowo nam się uda odczarować. Bo to słowo ma słabe konotacje w Polsce. Jest przeeksploatowane. Brzmi infantylnie, błaho. Ale wystarczy się zastanowić nad jego znaczeniem, by zrozumieć, że nie jest infantylne. Ma tylko takie konotacje. Przykleiło się do niego dużo takich nieciekawych rzeczy. W efekcie część odbiorców, zwłaszcza mężczyzn w ogóle ma problem z tym słowem. Zatem myślałem, że jak potraktujemy je w inny niż wszyscy sposób, to je odczarujemy. Ale w zeszłym roku na rynku pojawiło się kilka piosenek ze słowem „miłość” w tytule i totalnym banałem w tekście. Więc stwierdziliśmy: Maciek, nie możemy dać tytułu „Miłość”, bo to głupie. No to stwierdził, że trzeba dać „Wszystkie narkotyki świata”.
A o czym opowiada tytułowy utwór?
Przemek: Piosenka opowiada o tym, że możesz być na szczycie, dostawać od życia wszystko to, co najlepsze, najbardziej upragnione, elitarne, to co dla wielu ludzi stanowi narkotyk, cel sam w sobie – pieniądze, władzę, popularność, sławę, bądź tylko rozpoznawalność, przepych, imprezy, drogie hotele, rzeczy ekskluzywne, dostępne dla niewielkiej grupy – i nie być szczęśliwym. To też refleksja nad czymś, czego nawet nie można nazwać generacją selfie, bo to dotyka wszystkich pokoleń. Wszyscy chcą być gwiazdami, celebrytami. Idziemy na wywiad, ale to dziennikarz chce być na nim gwiazdą (no, dzięki, chłopaki – przyp. aut.). Zaraz się okaże, że oczekuje, byśmy to my zaczęli zadawać pytania jemu? Myślę, że to się zaczęło od polityków, kiedy zaczęli się lansować na celebrytów, występując w różnych dziwnych programach. Ta celebrycka cywilizacja to jest coś okropnego. Jak zapytasz dzieci z podstawówki, kim chcą zostać, odpowiedzą, że tiktokerami. Mówisz, że są nawet klasy dla influencerów w liceach? Super… Straszne, co media ludziom teraz robią z głowami. Wiesz, my też załapujemy się do tej grupy. Piszemy jakieś piosenki i dzięki temu udzielamy wywiadów. Czasem myślę, że to wszystko chyba stoi na głowie.
W tym roku Myslovitz obchodzi swoje trzydziestolecie działalności. Przygotowujecie na tę okoliczność jakieś niespodzianki?
Przemek: A nowy album to mało? (śmiech) Zwłaszcza, że czekaliście na niego dziesięć lat. Nie wiemy, szczerze mówiąc, bo jak na razie całkowicie nas wciągnął nowy album. Zresztą, ja ogóle nie lubię urodzin.
Wojtek: No tak, płyta jest niespodzianką na tą okoliczność… Dla nas samych ogromną. Tak się przyzwyczailiśmy do nieustannego komponowania, robienia piosenek, że samo zamknięcie tego w całość i przewiązanie kokardką to dla nas ogromny sukces. Teraz solidnie przygotowujemy się do koncertów, żeby Państwu zaprezentować nasz nowy materiał, nasze, jak to mówią: nowe otwarcie. Trasa już trwa. Nie przegapcie tego.
W takim razie nowa płyta jest dla wszystkich fanów świetnym prezentem. I myślę, że ma spore szanse przysporzyć wam nowych. Cieszy mnie, że zespół z takim długim stażem nadal trzyma rękę na pulsie współczesności, potrafi nagrać album, który tak trafnie opisuje kondycję dzisiejszego świata i jest w stanie przemówić do wszystkich pokoleń. Bo wszyscy jesteśmy dziś zagubieni i omamieni „wszystkimi narkotykami świata”.
Przemek: Widzisz, my chcieliśmy nagrać płytę o miłości, a ty mówisz, że jest o zagubieniu.
Wojtek: Znowu nam się nie udało. (śmiech)
Rozmawiał: Maciej Koprowicz
Album Myslovitz „wszystkie narkotyki świata” ukazał się 3 marca 2023 we współpracy z e-muzyka.
Album w serwisach cyfrowych:
https://e-muzyka.ffm.to/myslovitzwszystkienarkotykiswiataalbum
Album dostępny w sprzedaży na empik.com:
https://www.empik.com/wszystkie-narkotyki-swiata-myslovitz,p1364093808,muzyka-p